Tajemnica Marka Karpia

Witold Gadowski




Przemysław Harczuk, "Gazeta Polska", nr 38 19.09 2007 Zaszczuci bo weszli na cudzy teren "gazeta Polska" nr 38 19 września 2007

Prokurator okręgowy w Białymstoku Sławomir Luks groził Markowi Karpowi - wynika z zeznań żony byłego dyrektora Ośrodka Studiów Wschodnich, który zginął w niewyjaśnionych okolicznościach. To że Karp bał się gróźb prokuratora, potwierdza także jego przyjaciel, biznesmen Mirosław Ciełuszecki.

Karp i Ciełuszecki byli oskarżeni w kuriozalnej sprawie, która od 2003 r. toczyła się przed podlaskim sądem. Pierwszy z nich zmarł w 2004 r. w niejasnych okolicznościach, drugi, pomimo że zarzuty były absurdalne, został skazany na 4,5 roku więzienia.

Cela obok Ciełuszeckiego jest wolna

Dwaj przyjaciele - Marek Karp i Mirosław Ciełuszecki. Pierwszy był cenionym na świecie znawcą problematyki wschodniej, szczególnie Białorusi i Litwy. Określano go mianem "ostatniego obywatela Wielkiego Księstwa Litewskiego". Doradzał dwóm prezydentom, kolejnym rządom. Był ekspertem Komisji Europejskiej, jeździł na wykłady do Stanów Zjednoczonych. Drugi to biznesmen, jeden z najbogatszych mieszkańców Podlasia. Obaj zostali w 2002 r. oskarżeni w kuriozalnym procesie przed sądem w Bielsku Podlaskim. Ciełuszecki spędził 5 miesięcy w areszcie. Jak twierdzą nasi informatorzy, za oskarżeniem Karpa i Ciełuszeckiego stał ówczesny prokurator okręgowy w Białymstoku Sławomir Luks.
Marek Karp zmarł we wrześniu 2004 r. miesiąc po groźnym wypadku, którego okoliczności do dziś nie są wyjaśnione. Jak wynika z zeznań żony Marka Karpa, Anny, jej mąż żalił się, że podczas jednego z przesłuchań prokurator mu groził. Cela obok Ciełuszeckiego jest wolna - miał powiedzieć Luks. Wersję tę potwierdza Ciełuszecki: Marek wielokrotnie mówił, że zachowanie Luksa podczas przesłuchania przypominało próbę zastraszenia rodem z lat 80.
Anna Karp nie zgodziła się na rozmowę z nami, twierdząc, że sprawa jest dla niej wciąż zbyt bolesna i świeża.

Osaczyć Karpa i Ciełuszeckiego

Ciełuszecki biznesu uczył się w Stanach Zjednoczonych, skąd przyjechał w 1991 r. W pierwszych latach handlował zbożem. W roku 1997 stworzył spółkę Farm Agro Planta (FAP), która zajmowała się sprowadzaniem z Białorusi do Polski chlorku potasu (soli potasowej), substancji niezbędnej do produkcji nawozów sztucznych. Marek Karp doradzał Ciełuszewskiemu. Jego wiedza i świetne rozeznanie w tematyce wschodniej były dla mnie bezcenne - wspomina Ciełuszecki. Działalność FAP miała strategiczne znaczenie dla państwa - złoża chlorku potasu występują jedynie w Niemczech i na Białorusi. Są surowcem rzadziej występującym niż złoto. Sprawa miała znaczenie także polityczne - dzięki temu, że Polacy kupowali "białoruskie złoto", pojawiała się nadzieja na odciągnięcie wschodniego sąsiada spod wpływu Rosji. Dlatego też przedsięwzięciem interesował się ówczesny minister gospodarki Janusz Steinhoff i premier Jerzy Buzek.

Sytuacja diametralnie zmieniła się w 2001 r., kiedy do władzy doszło SLD. W przypadku Karpa problemem była jego niezależność jako dyrektora ośrodka. Urzędnik MSZ miał powiedzieć: zrezygnuj z ośrodka, bo będziesz miał kłopoty. Karp odmówił. Czuł się osaczony. Minister gospodarki Jerzy Hausner powiedział mu, że są naciski, by go odwołać z funkcji dyrektora ośrodka. Zaproponował rozwiązanie - Karp zrezygnuje z funkcji, jednak sam wybierze następcę i zachowa funkcję doradcy. Karp się zgodził. Jednak nie osłabiło to ataków na niego. - Oskarżenie Ciełuszeckiego było także świetnym pretekstem do zniszczenia Marka - mówi nasz informator. Karp doradzał Ciełuszeckiemu, obaj naruszali interesy lewicy, Karp w ośrodku, na który chrapkę miało MSZ, z kolei Mirek w obszarze ważnych interesów biznesowych postkomunistów. Podobnie jak w przypadku Romana Kluski potwierdza się, że nikt spoza układu nie może robić w Polsce interesów - dodaje.

W kajdankach nad ranem

25 kwietnia 2002 r. w domu Ciełuszeckiego pojawia się UOP. Było to dla mnie ogromne zaskoczenie - wspomina Ciełuszecki. O szóstej rano zjawili się u mnie funkcjonariusze Urzędu Ochrony Państwa. Dokonali rewizji, przejrzeli dokumenty. W domu nie było żony, tylko ja z kilkuletnim dzieckiem. Mało brakowało, a musiałoby ono zostać bez opieki, na szczęście zanim mnie wyprowadzono, zdążyła przyjść moja mama. Ciełuszecki został aresztowany i przewieziony do Białegostoku. Tam dowiedział się, że jest zatrzymany pod zarzutem oszustwa. W wypowiedzi dla "Kuriera Porannego", regionalnej gazety na Podlasiu, ówczesny prokurator okręgowy w Białymstoku Sławomir Luks mówił: "Mirosław C. miał wprowadzić w błąd firmę co do wartości sprzedanych jej nieruchomości. Spółce, w której był prezesem, sprzedał działki leżące pod Hajnówką za 7,6 mln złotych, podczas gdy w rzeczywistości były one warte 78,5 tys. zł. Tym samym nie tylko popełnił przestępstwo, ale jeszcze swoim działaniem wyrządził szkodę majątkową w wielkich rozmiarach" ("Kurier Poranny" 26.04.2002 r.). Sąd zdecydował o zastosowaniu wobec Ciełuszeckiego trzymiesięcznego aresztu tymczasowego. Biznesmen trafił do celi, w której zamiast 9 osób przebywało 16.

Nie miałem bielizny osobistej, żadnych rzeczy na zmianę, mogłem jedynie używać szczoteczki do zębów - mówi Ciełuszecki. Przez pierwsze dwa miesiące nie został ani razu przesłuchany. Sąd przedłużył mu areszt tymczasowy o następne trzy miesiące. Biznesmen siedział z pospolitymi przestępcami, lecz nie załamał się. Postanowił uczyć ich angielskiego, jedną godzinę dziennie. Jednak cierpliwości współwięźniów starczyło zaledwie na 15 minut. Zdecydowanie większym zainteresowaniem cieszyły się krzyżówki, które również rozpropagował Ciełuszecki. Podczas rozwiązywania jednej z nich dwóch więźniów pokłóciło się o hasło "wyrób piekarza". Jeden z przestępców twierdził, że chleb, drugi przekonywał, że w rubryce jest za dużo kratek. Obaj zwrócili się o pomoc "prezesa", jak nazywali w celi Ciełuszeckiego. W ten sposób Mirek zresocjalizował areszt - ironicznie komentuje znajomy biznesmena.

Absurdalne zarzuty, Karp pośrednio skazany

Karpowi i Ciełuszeckiemu postawiono zarzuty. Wina dyrektora Ośrodka Studiów Wschodnich polegać miała na tym, że... miał udawać, że doradza w FAP i brać pieniądze za nic. Zarzut był absurdalny, gdyż to Karp namówił Ciełuszeckiego do projektu, rozmawiał z członkami rządu o FAP, był żywo zainteresowany przedsięwzięciem. Wersję Karpa potwierdziły oświadczenia i zeznania Jerzego Buzka, Janusza Steinhoffa, ale także komunistycznego ambasadora na wschodzie Stanisława Cioska. Po śmierci Karpa proces toczył się dalej. Zarzutem wobec Ciełuszeckiego było rzekome działanie na szkodę firmy w celu uzyskania korzyści majątkowej. Dowodem miał być fakt, że Ciełuszecki zarobił na sprzedaży ziemi ponad siedem milionów złotych. Jednak jak wynika z dokumentów bankowych, biznesmen nie wziął tych pieniędzy dla siebie, lecz sześć milionów złotych przeznaczył na podniesienie kapitału spółki, natomiast ponad dwa miliony na spłatę zobowiązań firmy wobec spółki Belurs Handel GMBH (białoruska firma, od której firma Ciełuszeckiego kupowała sól potasową). Stąd też zarzut korzyści majątkowej był bezzasadny. Wszystko odbyło się w zgodzie ze statutem spółki i umową wspólników. W dodatku transakcję przeprowadzała w imieniu firmy rada nadzorcza, nie zarząd, w związku z czym to nie Ciełuszecki podejmował w tej sprawie decyzję. W wyniku transakcji spółka uzyskała działki potrzebne na rozbudowę inwestycji, jej majątek wzrósł o prawie osiem milionów złotych, a o ponad dwa miliony zmalały zobowiązania - mówi Ciełuszecki. Trudno to chyba nazwać działaniem na szkodę firmy.
Mimo niezbitych dowodów swojej niewinności Ciełuszecki został skazany na 4,5 roku więzienia. Pośrednio jest to też wyrok na Marka- mówi. Luks - pojawia się i znika
Udało nam się skontaktować z prokuratorem Sławomirem Luksem, który dziś jest szefem Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku. Stwierdził on, że "Gazeta Polska" pisze kłamstwa na jego temat. Piszecie nieprawdę, sprostowań nie wysyłam tylko dlatego, że nie lubię awantur - mówi Luks. Jeśli macie jakieś pytania, proszę skierować je do rzecznika prasowego Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku.
W prokuraturze poinformowano nas jednak, że Luks już tam nie pracuje. Wieczorem tego samego dnia informacji tej zaprzeczył Piotr Matczuk z Ministerstwa Sprawiedliwości. Na dzień dzisiejszy prokurator Luks pozostaje szefem prokuratury apelacyjnej - powiedział "GP". Skierowaliśmy pytania e-mailem, jednak do chwili zamknięcia numeru nie uzyskaliśmy na nie odpowiedzi.

Podobnie jak w przypadku ustalenia funkcji sprawowanej obecnie przez Luksa wiele niejasności pojawia się też przy określeniu jego rzeczywistego związku ze sprawą Karpa i Ciełuszeckiego. Oficjalnie był on niewielki - prokuraturę reprezentował Andrzej Bura, w sądzie orzekał Hubert Półkośnik, który na początku procesu był jeszcze asesorem. Jednak asesor nie jest sędzią, lecz urzędnikiem Ministerstwa Sprawiedliwości, mianowanym na określony czas, w związku z czym doświadczony prokurator może mieć na niego wpływ. Sędziami powinni zostawać prawnicy z długoletnim doświadczeniem. Dawanie tak młodym ludziom spraw karnych jest niepoważne - mówi Ciełuszecki. Podobne opinie wyraża wiele autorytetów prawniczych. "Asesor nie może uczyć się orzekania na błędach i czasami na ludzkiej krzywdzie" - mówił o tym prof. Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka ("Gazeta Prawna" 20-22.07.2007 r.).
Nasi informatorzy uważają, że było to celowe postępowanie Luksa: - W ten sposób, jako prokurator okręgowy, mógł nadzorować młodszych kolegów, i to nie tylko prokuratora, lecz także młodego sędziego. Jednocześnie nie ponosiłby też odpowiedzialności za ewentualne uchybienia. A tych było bardzo wiele. Sąd dał na przykład wiarę zeznaniom biegłego, który nie wiedział, że linie wysokiego napięcia mogą przebiegać pod ziemią, a słowo elixir (rodzaj przelewu bankowego) kojarzyło mu się z płynem. Mimo to nie zgodzono się na powołanie nowych biegłych. Luks w wypowiedziach dla lokalnych mediów twierdził, że nie nadzorował śledztwa. W takim wypadku należy zadać sobie parę pytań: dlaczego, skoro nie prowadził sprawy, przesłuchiwał Marka Karpa oraz czy i dlaczego mu groził. Niestety prokurator nie chciał na te pytania udzielić odpowiedzi.
Mirosław Ciełuszecki złożył apelację. Rozprawa, która miała odbyć się w lipcu, została odroczona, następną zaplanowano na październik. Biznesmen ma nadzieję, że tym razem uda mu się udowodnić swoją niewinność. Kiedyś był jednym z najbogatszych ludzi na Podlasiu, dziś wszystko musi zaczynać od nowa. I tak miałem sporo szczęścia. Straciłem majątek i reputację, ale żyję, mam rodzinę. Jestem przekonany, że Marek nagonkę na siebie przypłacił życiem- mówi "GP" Ciełuszecki.
Pytany przez nas rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku Janusz Kordulski stwierdził, że nieprawdą jest, by prokurator apelacyjny Sławomir Luks kiedykolwiek, nawet w okresie pracy w Prokuraturze Okręgowej, przesłuchiwał w jakimkolwiek charakterze Marka Karpa, więc relacje bliżej nieokreślonych świadków nie wymagają komentarza, bo są nieprawdziwe. Z kolei w sprawie Mirosława Ciełuszeckiego jedynym komentarzem jest zdaniem rzecznika treść wyroku Sądu Rejonowego w Bielsku Podlaskim z 3 października 2006 r., sygn. II K 15/03, skazującego oskarżonego na karę łączną 4,5 roku pozbawienia wolności.
Dokumenty sądowe w sprawie Mirosława Ciełuszeckiego znajdują się na stronie internetowej "GP".
Przemysław Harczuk

Kinga Hałacińska, "Plus Minus" , 17-18 sierpnia 2013 rok, nr 191

Prokuratura na smyczy

Prokuratura i sądy dysponują ogromną władzą nad przedsiębiorcami. To ich działania pomagają domknąć układ niewidzialnym graczom rynkowym. Komandosi, samochody bojowe i szturm jak na filmie. A wszystko, by aresztować jednego, śpiącego we własnym domu człowieka. - Kwiecień 2002 roku, 6.00 rano. Żona z córką w popłochu, a oni mnie za łeb i na dołek i potem do prokuratury. Jak zobaczyłem kilkudziesięciu funkcjonariuszy obstawiających mój dom, byłem roztrzęsiony. Pytam ich: za co? A oni nawet w prokuraturze nie wiedzą, ale w prasie już było - opowiada dziś 54-letni Mirosław Ciełuszecki, były prezes Farm Agro Planty, o swoim aresztowaniu przed laty.

I choć tego nie dostrzegł, już wówczas mógł mieć pewność, że sprawa ma drugie dno. Prawo zabrania, by tego typu informacje "wyciekały" z prokuratury. Skazanie przez media to pierwszy gwóźdź do trumny, a potem są kolejne. Jeśli ktoś chce postawić przedsiębiorcy zarzuty, to je postawi. - Prawo karne jest bardzo szerokie i dość łatwo można przypisać przedsiębiorcy działanie zabronione, które można podciągnąć pod kategorię przestępstwo - mówi dr Wojciech Sadowski, adwokat K&L Gates. Prawnicy przyznają, że normy karne są napisane tak, że przy odpowiedniej interpretacji są w stanie w ogóle uniemożliwić prowadzenie działalności gospodarczej. Poniżej dalsza część artykułu. Oczywiście tak wcale stać się nie musi, ale w wypadku spółki Farm Agro Planta sprawdził się czarny scenariusz. Jej właściciela oskarżono o to, że okrada sam siebie, czyli że działa na szkodę własnej spółki akcyjnej, której był większościowym udziałowcem. Mówiąc językiem prawniczym, wyczerpuje to znamiona przestępstwa z artykułu 286 par. 1 w zw. z art. 294 par. 1 kk i zagrożone jest karą pozbawienia wolności do lat 10. Komu spółka przeszkadzała? Sprawa miała swój początek w latach 90. Wówczas to Mirosław Ciełuszecki wrócił z emigracji do kraju i postanowił założyć własny biznes. Pochodzi z Nowego Berezowa pod Hajnówką i na rolnictwie zna się dobrze. Handlował zbożem, lecz kiedy poznał Marka Karpia z Ośrodka Studiów Wschodnich, poczuł, że chwyta wiatr w żagle. Karp miał wiedzę i kontakty zagraniczne, a Ciełuszecki kapitał. - Dyskutowaliśmy, co się dzieje w gospodarce, co nastąpi. Dużo mi podpowiedział. Przygotowywaliśmy kontrakty i kiedy miałem pewność, że ruszymy, założyłem firmę - opowiada Ciełuszecki. Potas ze Wschodu

Był rok 1997, kiedy Farm Agro Planta zajęła się wymianą handlową ze Wschodem, a przede wszystkim sprowadzaniem do Polski soli potasowej, składnika potrzebnego do produkcji nawozów rolniczych. Problemem był przeładunek ze względu na inną szerokość torów w krajach byłego ZSRR, więc regularny handel wymagał budowy terminalu. Taka inwestycja warta była miliony złotych. - Na początku przeładowywaliśmy towar koparką, ale budowałem bocznice, sprowadzałem wagony, lokomotywy... - w końcu powstał cały system logistyczny. Zainwestowałem wszystkie pieniądze i nie miałem zamiaru oszczędzać. Zwłaszcza że sukces był ogromny - wspomina Ciełuszecki. Dzięki terminalowi towar zakupiony na Kamczatce może po dziś dzień dojechać do Lizbony. Założyciel firmy zakładał, że będzie miał kilka tysięcy ton obrotów w skali roku, ale wkrótce okazało się, że przechodzi przez niego 2-3 tysiące ton nawozów i surowców mineralnych dziennie. Do spółki wszedł francuski koncern Lafarge zajmujący się kruszywami i tak powstała jedna z większych ówcześnie firm na ścianie wschodniej. Do pewnego momentu grupa spółek, których właścicielem był Ciełuszecki, świetnie się rozwijała. Wówczas postanowił wystartować w procesie prywatyzacji Zakładów Azotowych w Kędzierzynie-Koźlu. To wymagało agresywnego planu rozwoju firmy. Dokapitalizowania, wzięcia kredytów, zwiększenia kapitału, a wszystko, żeby spełnić warunki wzięcia udziału w przetargu. Okazało się, że z różnych względów decyzja nie zakończyła się sukcesem - relacjonuje dr Wojciech Sadowski.  Zakłady Azotowe potrzebowały inwestycji na 100 milionów złotych. - Byliśmy mali, ale mieliśmy szanse. Na krótkiej liście w przetargu byliśmy tylko my i Ciech - mówi Mirosław Ciełuszecki. Zrobił wszystko, by dokapitalizować firmę. - Potrzebowałem zabezpieczenia finansowego i dały mi je banki i fundusze inwestycyjne, około 100 mln złotych poręczenia. Pieniądze czekały w pogotowiu, gdyby się okazało, że kupujemy. Byłem nastawiony na rozwój - mówi. By zwiększyć kapitał spółki, sprzedał jej swoją prywatną ziemię, a pieniądze z transakcji przelał na konto firmy. W ten sposób jej kapitał wzrósł kilkukrotnie.

Za dobrze szło...

Sukces FAP musiał zwrócić uwagę konkurencji, a ta musiała być dobrze umocowana w strukturach władzy i wymiarze sprawiedliwości, bo przetargu nie wygrali, za to do drzwi zapukał kontroler z Urzędu Kontroli Skarbowej. - Kontrolę potraktowałem jako coś naturalnego, tym bardziej że wszystkie sprawy podatkowe były porządnie prowadzone. Po kilku miesiącach kontroler stwierdził, że większych uchybień nie ma. W 2001 roku wygrało SLD i wtedy zapaliło mi się czerwone światełko, bo kontroler wrócił z powrotem - mówi Ciełuszecki. Być może ABW uznała, że trzeba się przyjrzeć małej firmie, która chce połknąć dużą, a może... ktoś spuścił prokuraturę ze smyczy i dał jej impuls do działania. Skutkiem ubocznym bardzo agresywnego rozwoju firmy były wierzytelności: zadłużenie na rzecz banku i wysokie raty kredytowe, w związku z tym kondycja finansowa firmy w roku 2002 się pogorszyła. - Pan Ciełuszecki zaczął prowadzić działania restrukturyzacyjne i mogło mu się udać, bo wskaźniki finansowe się poprawiały. Jednak został tymczasowo aresztowany - mówi dr Wojciech Sadowski. Prokuratorowi Sławomirowi Luksowi postawienie zarzutów zajęło chwilę. - Szukali, szukali, aż znaleźli. A my po 11 latach od oskarżenia jesteśmy nadal na początku drogi w odkręcaniu tego - mówi adwokat Radosław Baszuk. Aresztowano przewodniczącego rady nadzorczej, zarząd - w sumie siedem osób. Oskarżono ich o oszustwa, wyłudzenia, poświadczanie nieprawdy, niegospodarność. Sprawa stanęła przed sądem w Bielsku Podlaskim pod przewodnictwem sędziego Huberta Półkośnika. Najpoważniejszym zarzutem był ten, że prezes firmy kupił działki wokół firmy za 85 tysięcy złotych, a sprzedał swojej firmie za 7 mln. - Sprzedałem grunt drożej, a wcześniej skupowałem po kawałku taniej. Scaliłem w jedno 30 hektarów. To były tereny zakrzaczone, zabagnione, uporządkowałem je i doprowadziłem linię energetyczną, wodociągi. Wyceny terenu dokonał biegły rzeczoznawca Andrzej Gierasimiuk, polecony przez Urząd Miasta - mówi Ciełuszecki. Ta wycena bardzo się różni od drugiej, wydanej przez rzeczoznawcę zaproponowanego przez sąd - Janusza Linkowskiego. On wycenił te tereny za 1 hektar - kilka tysięcy złotych. Pytany na rozprawie: czy widział tory? - odpowiedział, że nie widział. Nie widział też wodociągów i linii energetycznej. Opisał je jako tereny "położone dziko" i "mające złe połączenia komunikacyjne". - Efekt wyceny zależy od optyki. Można wycenić tę ziemię jako ugór, gdzie nic nie rośnie, można wycenić ją po kilka złotych za metr, bo tyle kosztuje kilometr dalej. Ale ta ziemia przylegała do terenów przemysłowych, stanowiła naturalny teren ekspansji firmy przeładunkowej i miała dla mojego klienta ogromny potencjał. Dlatego ją skupował - tłumaczy dr Wojciech Sadowski. I daje przykład ziemi, na której ma przebiec autostrada, i działek, gdzie potencjalnie może stanąć stacja benzynowa. Są one droższe niż działki położone w okolicy. Tereny, które sprzedał Mirosław Ciełuszecki swojej firmie, to unikatowe miejsce na skalę europejską. Jedno z trzech w Polsce, gdzie tory szerokie łączą się z wąskimi. - Człowiek kupił grunt tanio i sprzedał go swojej firmie drogo, a potem odprowadził podatek i zwrócił pozostałe pieniądze własnej firmie w zamian za nowe akcje. On dla siebie z tej operacji nie miał nic, jedynym beneficjentem tej operacji był Skarb Państwa - mówi dr Wojciech Sadowski. Ciełuszecki opowiada:  - Stawiałem się na wszystkie rozprawy. I tak było w 2006 roku, kiedy zostałem po raz kolejny aresztowany przez UOP na schodach sądu. I znowu dołek i policja w Białymstoku. Z perspektywy czasu wydaje się, że tak spektakularne aresztowanie było potrzebne tylko w jednym celu - wywarcia presji na sąd. Za tydzień miał wydać wyrok. - Najwyraźniej prokuratura doszła do wniosku, że coś przeoczyła. Najbardziej kuriozalna sprawa, jaką pamiętam z rozpraw, to była kwestia rozliczenia samochodu, który był w leasingu i był spłacony, a prokuratura postawiła zarzut przywłaszczenia. Takie sprawy są zwyczajowo rozstrzygane przed sądem cywilnym - mówi adwokat Radosław Baszuk. Wyrok okazał się jednak umiarkowanym sukcesem prokuratury, bo część zarzutów została oddalona. Ciełuszecki dostał cztery i pół roku więzienia i milionowe kary, a firma Farm Agro Planta przestała istnieć. Przez kilka miesięcy nie miała prezesa, zarządu i dokumentów, które zostały zabezpieczone przez prokuraturę. Była sparaliżowana, a wierzytelności musiała płacić. - Ciełuszecki miał koncepcję, charyzmę, autorytet wśród pracowników. On te spółki wymyślił i stworzył. Tylko on mógł je uratować  - mówi dr Wojciech Sadowski.

Białoruska ciężarówka

Marek Karp, współzałożyciel Ośrodka Studiów Wschodnich, zginął w 2004 roku w niewyjaśnionych okolicznościach przejechany przez białoruski TIR. Prokuratura zakwestionowała jego kwalifikacje jako doradcy firmy, a wypłacane mu honoraria potraktowała jako wyłudzanie pieniędzy z spółki. Oskarżenie pozostaje w mocy. W sprawie pojawił się kolejny biegły: Janusz Maksymiuk. - Według niego moja firma była warta zero. To na podstawie jego wyceny spędziłem kilka miesięcy za kratkami - mówi Ciełuszecki. Choć szybka sprzedaż daje zazwyczaj tylko 30 procent wartości przedsiębiorstwa, syndyk sprzedał Farm Agro Plantę za 10 milionów złotych. Biegły Maksymiuk okazał się być pozornym biegłym. Wyceny dokonał, wypłatę pobrał, tylko zapomniał zawiadomić sąd, że został skreślony z listy biegłych z uwagi na zastrzeżenia do jego wcześniejszych opinii. - Po prostu firmował tezy aktu oskarżenia - mówi Radosław Baszuk. - Oceniał poszczególne transakcje w oderwaniu od kontekstu, oddzielnie, jakby wisiały w próżni. Biegły starał się nie zauważyć tego, że były jednym z elementów w łańcuchu, który miał w efekcie przynieść korzyść spółce - dodaje. Ale "kwiatków" było więcej. - W tej sprawie jest anegdotyczny przypadek dotyczący innego biegłego, specjalisty z zakresu bankowości. Ponoć padło stwierdzenie, że zlecenie zostało zrealizowane w systemie ELIXIR i został on zapytany, czy wie, co to jest. Odparł, że wie i że eliksir to napój miłosny - mówi dr Wojciech Sadowski. Zaginione akta, teatr absurdu

Problem biegłych w polskim sądownictwie nabrzmiewa od lat. Przez Skarb Państwa są oni opłacani słabo, dlatego fachowcy z dużą wiedzą i doświadczeniem unikają pełnienia tej funkcji. Aby dostawać zlecenia, biegli muszą być dobrze postrzegani przez prokuraturę i sądy i może to wpływać na wyniki ich pracy. Fałszywy biegły wydawał ekspertyzę w sprawie Lecha Jeziornego i Pawła Reya z Krakowa, bohaterów filmu "Układ zamknięty". Ich sprawę nadzorowała ta sama pani prokurator Zyta Dymińska, która stawiała zarzuty Romanowi Klusce z Optimusa. W mediach bronił jej dzielnie prokurator Edward Zalewski. Roman Kluska musiał zapłacić karę ponad 100 tysięcy złotych za wycięcie dwóch drzew ze swojej posiadłości. W przypadku bohaterów filmu "Układ zamknięty" śledztwo zajęło siedem lat i w końcu prokuratura umorzyła je, nie decydując się na postawienie aktu oskarżenia. Ale zanim do tego doszło, firma warta 10 mln euro popadła w ruinę. Mirosław Ciełuszecki miał szczęście, bo odwołał się do Sądu Okręgowego w Białymstoku, a ten nie zostawił suchej nitki na orzeczeniu sądu. Uchylił wyrok sądu w Bielsku Podlaskim i we wrześniu 2007 sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia. - Krytyka była miażdżąca - mówi adwokat Radosław Baszuk. Sprawa toczy się od nowa w sądzie pierwszej instancji, ale teatr absurdu się nie skończył. Po 11 latach od oskarżenia część akt sprawy zdążyła zaginąć. Sprawozdania finansowe spółki w aktach sprawy karnej nie są kompletne. Szczegółowych danych księgowych nie ma. Miał je poprzedni biegły, ale ich brak powoduje, że nowi biegli nie mają na czym pracować. Zresztą po takim czasie akta obrosły w kilogramy makulatury, której przeczytanie przekracza niejednokrotnie ludzkie możliwości. - Prokurator prowadzący śledztwo zazwyczaj prosi o wszystkie dane i wszystkie materiały potencjalnie ważne. Ale akta są tak zorganizowane, że nie mamy podziału na rzeczy ważne i tzw. makulaturę. Jak coś wpływa, to jest doszywane i akta pęcznieją - opowiada dr Wojciech Sadowski. Na miejsce Farm Agro Planty ktoś już dawno wskoczył. Kupił ją biznesmen Marek B. z Poznania, którego nazwisko pojawiało się w doniesieniach prasowych jako jednego z podejrzanych w sprawie mafii paliwowej. Był oskarżony o udział w zorganizowanej grupie przestępczej, ale śledztwo w tej sprawie zostało szybko umorzone, a cały zajęty w śledztwie majątek zwrócony. Prokurator Sławomir Luks jako jedyny prokurator apelacyjny mianowany za czasów SLD przetrwał rządy PiS. Podobno cieszył się poparciem Zbigniewa Ziobry. W 2008 odwołał go Zbigniew Ćwiąkalski z PO. Mieszkańcy Siemianówki machają ręką i twierdzą, że dawnym terminalem przeładunkowym Ciełuszeckiego rządzi dziś Łukoil. Bohater tego artykułu na sprawiedliwość już nie liczy. Po 11 latach bycia oskarżonym czeka już tylko na wyrok.


Kto i dlaczego może w Polsce robić paliwowe interesy z Rosją?


Warto rozmawiać 29.05.2008


Warto rozmawiać 12.06.2008